Widziałem ludzi
Modlących się do Boga
Widziałem tłumy
Klęczące przed
kawałkiem
Upieczonej z wodą mąki
Słyszałem słowa
Wypowiadane w
ekstazie
Przez tysiące takich jak Ty
A potem zobaczyłem
Jak cały
kościół runął
Na ich głowy
W chwili gdy jakiś terrorysta
Wcisnął przycisk detonatora
Gwardie Narodowe
Już dawno nie są w modzie
Teraz jest moda
Na
Antysemityzm
I dlatego na Platterstraße
Handlują Polacy
Mały czerwony guziczek
A ile może...
A w Rumunii przed
Naftowymi
lampami
Była podobno Elektryczność...
Jeden mały guziczek
A ile
może...
I co teraz powiesz
Zblazowany świecie
Zgwałcił Cię chyba
Nie ten,
którego chciałeś
I tak teraz krążysz
Szukając wszędzie
Ojca swego
niechcianego dziecka
Kiedy odsuwałaś swoje usta
Abym nie mógł ich pocałować
Z oka wypłynęła
mi łza
Popłynęła w dół po policzku
I zatrzymała się w kąciku moich ust
Bardzo słona łza
Skronie przeszył mi sztylet
Tak to pewnie wyglądało
I w czterdziestym czwartym
Kiedy tłumy
Wynurzyły się z morskiej piany
I torując sobie drogę
Krótkimi
seriami w kierunku wydm
Brodziły po plaży
Krew spływała na piaskowe
zamki
Wybudowane w lato przez francuskie dzieci
Dziś tylko te zamki
Wyglądają tak samo
Wśród obwisłych piersi żon weteranów
Sto łodzi do stu brzegów
Przybyło w jednej sekundzie
Błyszczące hełmy
W świetle księżyca
Zdradziły mi cel tej wycieczki
Lecz kiedy
zrozumiałem
Że chcą zagarnąć moją plażę
I kiedy zobaczyłem czarny otwór
Tommy Guna przed oczyma
Było już o ułamek sekundy
...za późno.
Powyrzynamy naszymi ostrymi nożami
Paręset ludzi, którzy zgrzeszyli
Porozwieszamy na szubienicach
Przeciwników naszych idei
I powiemy głośno ludzkości
Oto przed wami są głowy tych
Którzy
sprawili, ze jesteście głodni
Przez których było wam źle
Dokonamy zbiorowego mordu
Na meczu piłkarskim
Podpalimy trybuny pełne
ludzi
Wysadzimy w powietrze boisko
A w telewizji speaker oświadczy
Że Bóg ich sprawiedliwie ukarał
Bo
Oni zabrali nam wolność
I ciągle nas okłamywali
I powiemy głośno ludzkości
Oto przed wami są głowy tych...
Zdmuchnięty płomyk ciemności
Rozjaśnił nasz punk widzenia
Do fiaska
potrzeba tylko sprytnego
Posunięcia Pana Ministra
Przeżegnajmy się przed snem
Zapadając się w sprężyny
Zmówmy cicho
"Pater Noster"
Trzy zapałki a'la Prevert
Koniec świata nadejdzie
Cichutko, na palcach, jak zwykle
Pochłonie
wszystko i Ciebie
Pogodzi wszystkie post-kultury
Zaśmiejmy się szczerze
Zapłaczmy jak bobry
Jurni i silni jak czterej
pancerni
Przejdziemy tę burzę na piechotę
Spójrz wokół swoim
Rozmarzonym wzrokiem
Przypomnij sobie tamten dzień
Kiedy byleś królem
Wybuchają bomby jedna po drugiej
Już całe miasto tonie w płomieniach
Początek końca, końca ludzkości
Czerwona łuna goreje na niebie
Już czwartej wojny nie rozpęta
Żadna siła, moc nieczysta
Już żaden
człowiek nie uniesie
Ręki na swego pobratymca
Znikają cienie ludzi z ulic
Po ścianach płyną strugi deszczu
Za szybą widać dziką orgię
Trzech podstarzałych pederastów
Panienki lekkich obyczajów
Gotowe ciągle do swej pracy
Zastrajkowały
trochę nagle
Przeciw podwyżkom cen i płacy
A ty powoli wyciągasz rękę
Z mozołem zrywasz blokadę
Naciskasz mały
czerwony przycisk
Z dzikim uśmiechem na ustach
Jeszcze się nie zakończyła
Jedna wojna a już druga
Zaczyna się z
innej strony
Nacierają wojska
Z czarnymi maskami na twarzach
Z dziką nienawiścią w oczach
Wpatrzonych w kopuły pałacu
Na głównym placu naszej
stolicy
Szal już ogarnął wszystkich wierzących
W Boga i w niebo wpatrują oczy
Z nadzieją w zbawienie oczekują
Mesjasza lub tylko kolorowego
odjazdu
Narkomani pochowali się do piwnic
Pełnych zapasów makowin i kompotów
Sporządzonych jesienią z narażeniem życia
Zniszczonego przedtem
narkotycznym snem
Kolorowym jak slajdy z ostatniej wycieczki
Szlakiem
Zakopane - Szczecin przez Warszawę
Kombinatorzy szczerza kły do papierków
Z wizerunkiem prezydenta Franklina
Na zielonym jak łąka tle
Pobrudzonym śladami wielu rąk
Przetłuszczonych smarami trzech samochodowych
Potentatów systemu
kapitalistycznego
A tak w ogóle jest pięknie
Słońce nam w dzień ogrzewa
Spracowane
dłonie wyciągane w nocy
Do księżyca świecącego w wyjące usta.
Śniegowa gwiazdka
Opadła powoli w moją dłoń
Zamajaczył w oddali
Cień ostatniego jesiennego wieczoru
Spadający liść
Porwała w taniec
Zimowa zamieć
Oszronione rzęsy
Ściagają powieki na senne oczy
Zasypiam bez Ciebie
Kochana
Bez Twego ciepła
Obok mego ciała
Bez
dłoni wplecionej w moją
Bez kolorowych marzeń
Zasypiam bez Ciebie
Po
raz kolejny
Licząc godziny
Kiedy nie będę musiał
Już być
Taki
samotny
Ciche spojrzenia
Na drugą stronę życia
Wplatają się czasami
W poczet
tych
Których dawno już nie ma
Przez zmrużone powieki
Widzisz cienie
Sunące ku jaskrawemu światłu
Dookoła ciemności
Wśród cieni na ulicy
Wraki samochodów
Porośnięte już mchem
I zielone oczy
Przeszywające twoją wyobraźnię
By wyrwać Ci wspomnienia
Zmiąć jak
przeczytaną gazetę
I wyrzucić do kosza
Stojącego przy Twoim biurku
Co zrobił mały biały miś Milce
Że Ona go tak nienawidzi
Patrzy na
niewinnego niedźwiadka
Wzrokiem pełnym pogardy
Dla całego jego małego
Pluszowego życia
Nie może znieść myśli
Ze ten niedźwiadek
Jest
jakby cząstka Jane
Którą pozostawiła mi po sobie
Noc
Ciemność dookoła
Sen zamyka ciężkie powieki
Oczy nie odróżniają kształtów
Wizje kolorów zmuszają
Do majestatycznej uległości
Dookoła
ciemność
Z czerni wyłaniają się
Cienie przeszłości
Długi orszak
postaci
A na czele idzie Jane
Niosąc na ręku
Mojego pluszowego
misia.
Do szczęścia podobno
Nie potrzeba wiele
Wystarczy tylko trochę
Wysiłku by ktokolwiek
Zechciał nas pokochać
Wtedy świat zaczyna
wirować
Kwiaty kwitną nawet na ulicach
Dotąd tak szarych
Jak witryny
sklepów kolonialnych
Sprzed pierwszej wojny
Wiosna eksploduje nagle w
nas
W jednej chwili
Szum skrzydeł ptaków
odlatujących na południe
Zagłuszył codzienny
jesienny zgiełk tłumu
Wszystkie głowy
podniosły się w górę
By
smutnym wzrokiem
Pożegnac ostatni symptom
jesieni
Wyuzdane spojrzenia
Naszych nieprzyzwoitych matek
Umierają w przestrzeni
Pomiędzy nimi a nami
Mleko z ich piersi
Nigdy nie było źródłem
Najlepszego życia
My o tym wiemy najlepiej
A przecież kiedyś
Musi przyjść taki dzień
Kiedy światem zacznie
Rządzić miłość
Kiedy matki
Pokochają swoje dzieci
Pokochają swoje niechciane dzieci
Kiedy narodziny człowieka
Nie będą skutkiem
Życiowej pomyłki
A
pożądanie stanie się uczuciem...
Widmo krąży we wszechświecie
Widmo
apokalipsy
Ma ozdobioną przesadnie
makijażem twarz
I kuszącą,
nonszalancką sylwetkę
Stoi na mlecznej drodze
I opiera sie o przydrożną latarnię
Ekskluzywne hotele
Nie przyjmują nas nie od dziś
Obszarpane jeans'y
I wyciągnięte swetry to nasz strój
Długie włosy
Opadają na ramiona
Na plecach worek
I dziurawe trampki na nogach
Ale przecież Jezus
Także był żeglarzem
Nie dbał o to
Co mówią ludzie
Chodził po świecie
Tak jak my