O ścianę się opieram
Gdzieś leci, niestabilna
Rękoma chwytam się jak zjawy
Do cholery, dlaczego jej tu nie ma
Wśród stołów odrapanych
Jak w starych "Jesionach"
Na stołkach wysokich przy barze
Na rauszu od rana głowa boli
Zamawiam jak zwykle setkę tę pierwsza dziś
Nad ladą napis
Alkohol szkodzi zdrowiu
Ale ten widok od razu rozbraja
To co na półce i co na ladzie
Pierwsza kolejka leczy kaca
Co wczoraj został po balu
Druga już we krwi
Dobywa ze mnie wesołość
Już nie wiem czy musze to pic
Lecz po trzeciej cała niepewność
Pryska dokoła jak zjawa
Wychodzę z Olimpu po ścianach
Na ulicy jak zwykle za mało lamp
Nie widać pułapek, które
Wyrastają na każdym kroku
Spokojnie!
Jeśli potknę się, wiem
Ze wstać będzie tak trudno jak rano
Kiedy zbudzę się ze snu
Znów do pierwszej poczekam
I wśród stołów odrapanych
Po trzynastej jak w "Jesionach"
Na rauszu głowa boli
A na kaca setka, ta pierwsza.
czwartek, 24 października 1985
poniedziałek, 30 września 1985
Wspomnienie o floid
Kiedyś żyłem dla wszystkich
Dla wszystkich ludzi
Boom przyszedł raptem od morza
Zabrał mi Słodką i Niewinnych
Skończył ze mną, zaćpałem
Pierwszy raz
Wokół kolory grały, grały
W środku kolorów ja, ja
Wszedłem w krainę cieni, cieni
Nie znanych mi ciał, ciał
Spotkałem się ze sobą, ze sobą
Ręce, ręce nie mogły już grać
Dno, dno bez końca
Już nawet odbić się nie można
I przyszedł On, powiedział
Chodź ze mną
Już nie pamiętam jak to się stało
Nie, już nie pamiętam
Już nic, nic nie pamiętam
Nie pamiętam
Nic nie pamiętam.
Dla wszystkich ludzi
Boom przyszedł raptem od morza
Zabrał mi Słodką i Niewinnych
Skończył ze mną, zaćpałem
Pierwszy raz
Wokół kolory grały, grały
W środku kolorów ja, ja
Wszedłem w krainę cieni, cieni
Nie znanych mi ciał, ciał
Spotkałem się ze sobą, ze sobą
Ręce, ręce nie mogły już grać
Dno, dno bez końca
Już nawet odbić się nie można
I przyszedł On, powiedział
Chodź ze mną
Już nie pamiętam jak to się stało
Nie, już nie pamiętam
Już nic, nic nie pamiętam
Nie pamiętam
Nic nie pamiętam.
poniedziałek, 2 września 1985
Milka
Piegowata zjawo
Zajęłaś kącik
Mojego małego serca
Już i tak zaniedbanego
Twoje oczy
Koloru wczesnego dzieciństwa
Zapadły w mej pamięci
Głęboko, bardzo głęboko
Choć akacja
Mówi, że nie kochasz
Że nie czekasz
A nadzieja
Mówi, że nic to
Ale od tego jest Nadzieja
Tylko, a może aż
Nadzieja
Akacje nadzieja milczą
A Twoje jesienne oczy
Wciąż się śmieją
Spadającymi liśćmi
Zajęłaś kącik
Mojego małego serca
Już i tak zaniedbanego
Twoje oczy
Koloru wczesnego dzieciństwa
Zapadły w mej pamięci
Głęboko, bardzo głęboko
Choć akacja
Mówi, że nie kochasz
Że nie czekasz
A nadzieja
Mówi, że nic to
Ale od tego jest Nadzieja
Tylko, a może aż
Nadzieja
Akacje nadzieja milczą
A Twoje jesienne oczy
Wciąż się śmieją
Spadającymi liśćmi
czwartek, 15 sierpnia 1985
Blues dla Słodkiej
Pośród kwiatów, kwitnących nad ranem
Gdzie jest zawsze słońce
Gdzie o świcie życie wschodzi
Jak Wenus owinięta włosami
Na alei pełnej róż, kwitnących róż
Gdzie byliśmy razem
Ja i Słodka
Dziś jesteśmy sami
Słodka już odeszła
Odeszła nie wiem gdzie
Odeszła
W moich oczach tylko blues
Blues o Słodkiej
Tylko blues.
Gdzie jest zawsze słońce
Gdzie o świcie życie wschodzi
Jak Wenus owinięta włosami
Na alei pełnej róż, kwitnących róż
Gdzie byliśmy razem
Ja i Słodka
Dziś jesteśmy sami
Słodka już odeszła
Odeszła nie wiem gdzie
Odeszła
W moich oczach tylko blues
Blues o Słodkiej
Tylko blues.
czwartek, 8 sierpnia 1985
Bulwar
Samotny bulwar
W letni senny dzień
Odwiedzam biedaka
Smutno mówi mi 'hej'
'Dzień dobry przyjacielu
tylko Ty mnie nie opuściłeś
przychodzisz jak zawsze
widzisz te chmury nade mną
te dziwne, skłębione opary
za chwile runą w dół i będę
jeszcze bardziej smutny'
Samotny bulwar
W letni pochmurny dzień
W letni senny dzień
Odwiedzam biedaka
Smutno mówi mi 'hej'
'Dzień dobry przyjacielu
tylko Ty mnie nie opuściłeś
przychodzisz jak zawsze
widzisz te chmury nade mną
te dziwne, skłębione opary
za chwile runą w dół i będę
jeszcze bardziej smutny'
Samotny bulwar
W letni pochmurny dzień
środa, 31 lipca 1985
Somebody'a
Jakie Ona miała oczy
Kiedy wpatrywała się wprost w moje
Kiedy wplatałem swoje rece
W jej włosy
Te włosy, które mnie zgubiły
Bo nasze pocałunki
Były sprowokowane
Moimi spojrzeniami
Na jej cudowne włosy
Jej oczy mówiły mi
Ze mnie kochają
Wplatałem jej wtedy ręce we włosy
I szukałem jej rozżarzonych ust swoimi
Kiedy znajdowałem
Stawaliśmy się nierozerwalni
Życie pokazało
Że tylko na krótki czas pocałunków
Kiedy wpatrywała się wprost w moje
Kiedy wplatałem swoje rece
W jej włosy
Te włosy, które mnie zgubiły
Bo nasze pocałunki
Były sprowokowane
Moimi spojrzeniami
Na jej cudowne włosy
Jej oczy mówiły mi
Ze mnie kochają
Wplatałem jej wtedy ręce we włosy
I szukałem jej rozżarzonych ust swoimi
Kiedy znajdowałem
Stawaliśmy się nierozerwalni
Życie pokazało
Że tylko na krótki czas pocałunków
czwartek, 11 lipca 1985
Bez Jane
Te noce
Jak ja ich nienawidzę
Samotne, długie, ciemne
Bez Jane
Która moje noce opuściła
Noce
Koszmarne, napięte
Bez Jane
Która odeszła za daleko
Kiedy sen błąka się
Pomiędzy mną a łóżkiem
Nigdzie nie zatrzymując się na dłużej
Przybity do ziemi
Bez szansy na wzloty
Nawet na upadek
Bo niżej już nic nie ma
A w próżni upaść nie sposób
Bez snu
Noce bez nadziei na przyszłość
Choćby na jutro
I kiedy pomyślę
Ze jutro...
Tez będzie noc...
Jak ja ich nienawidzę
Jak ja ich nienawidzę
Samotne, długie, ciemne
Bez Jane
Która moje noce opuściła
Noce
Koszmarne, napięte
Bez Jane
Która odeszła za daleko
Kiedy sen błąka się
Pomiędzy mną a łóżkiem
Nigdzie nie zatrzymując się na dłużej
Przybity do ziemi
Bez szansy na wzloty
Nawet na upadek
Bo niżej już nic nie ma
A w próżni upaść nie sposób
Bez snu
Noce bez nadziei na przyszłość
Choćby na jutro
I kiedy pomyślę
Ze jutro...
Tez będzie noc...
Jak ja ich nienawidzę
piątek, 5 lipca 1985
W ramiona
W ramiona wiatr
I naprzód przed siebie
Naprzeciw smutkom
Żeby zapukać
Do wszystkich drzwi
Zanim umrzemy
I przestaniemy iść.
I naprzód przed siebie
Naprzeciw smutkom
Żeby zapukać
Do wszystkich drzwi
Zanim umrzemy
I przestaniemy iść.
wtorek, 2 lipca 1985
Consuela A.D. 1985 (2)
Powróciło z podróży
Zmęczone pociągiem
Usiadło w fotelu
W głębokiej zadumie
Rozparło szeroko
Dumnie.
Schodzone nogi
Wysunęło przed siebie
Grzejąc odciski przy kominku
Powróciło z daleka
Już prawie zapomniane
Zamieszkało znów tutaj
Gdzie zawsze je kryłem
Rozgościło się jak zwykle
Jak u siebie w domu
Stare wspomnienie o Consueli
Zmęczone pociągiem
Usiadło w fotelu
W głębokiej zadumie
Rozparło szeroko
Dumnie.
Schodzone nogi
Wysunęło przed siebie
Grzejąc odciski przy kominku
Powróciło z daleka
Już prawie zapomniane
Zamieszkało znów tutaj
Gdzie zawsze je kryłem
Rozgościło się jak zwykle
Jak u siebie w domu
Stare wspomnienie o Consueli
poniedziałek, 1 lipca 1985
Consuela A.D. 1985 (1)
Spuszczone powieki
Nabrzmiałe usta
Szukające pocałunku
Ukojenia
Spragnione ciało
Napięte pożądaniem
Wyzywająco bogate
Rozpuszczone włosy
Obmywają ramiona
Kryją piersi
Odbijają rozproszone
Światło mych oczu
Nabrzmiałe usta
Szukające pocałunku
Ukojenia
Spragnione ciało
Napięte pożądaniem
Wyzywająco bogate
Rozpuszczone włosy
Obmywają ramiona
Kryją piersi
Odbijają rozproszone
Światło mych oczu
czwartek, 27 czerwca 1985
Piosenka w konwencji wiersza
Dość już tego mam
Tych wszystkich kłamstw
Omotanych namiastką prawdy
Uwikłanych w niedorzeczność
Bo ciszy wiatru
Nie zakłóca żaden hałas
I spokój w sercu
Się rozkłada
Jak leniwy ciepły poranek
A ptaki w pieśni
Dookoła unoszą
Swe skrzydła
Do lotu zrywają się
Łabędzie
Tych wszystkich kłamstw
Omotanych namiastką prawdy
Uwikłanych w niedorzeczność
Bo ciszy wiatru
Nie zakłóca żaden hałas
I spokój w sercu
Się rozkłada
Jak leniwy ciepły poranek
A ptaki w pieśni
Dookoła unoszą
Swe skrzydła
Do lotu zrywają się
Łabędzie
sobota, 1 czerwca 1985
Tylko ból
Świecie, jesteś okrutny
Zadałeś sobie tyle trudu
Żeby zniszczyć jednego
Malutkiego człowieczka
Dałeś krótkie szczęście
A potem je brutalnie
Zabrałeś!
Zimo! czemu w ogóle jesteś!
Kłamiesz, omamiasz
Pięknem śniegowych gwiazdek
Nie masz serca
Bo nawet serce z lodu
Nie jest zdolne
Zabijać
- Szczęście
+ + +
Na niebie tyle gwiazd
Każda innej parze
Wyświeca drogę ku szczęściu
Moją gwiazdę ktoś brutalnie zdmuchnął
Kiedyś świeciła najmocniej
Na całym niebie
Teraz, po jednej chwili
W której zamigotała nagle
Zgasła, by nigdy już nie rozbłysnąć
+ + +
Kiedy gwiazdy spadają
To znak, że człowiek umiera
Dziś runęło mi na głowę
Cale niebo
Atlas nie potrafił utrzymać
Mojego szczęścia
Runęło wydzierając mi coś z piersi
Została krwawa rana
Zadałeś sobie tyle trudu
Żeby zniszczyć jednego
Malutkiego człowieczka
Dałeś krótkie szczęście
A potem je brutalnie
Zabrałeś!
Zimo! czemu w ogóle jesteś!
Kłamiesz, omamiasz
Pięknem śniegowych gwiazdek
Nie masz serca
Bo nawet serce z lodu
Nie jest zdolne
Zabijać
- Szczęście
+ + +
Na niebie tyle gwiazd
Każda innej parze
Wyświeca drogę ku szczęściu
Moją gwiazdę ktoś brutalnie zdmuchnął
Kiedyś świeciła najmocniej
Na całym niebie
Teraz, po jednej chwili
W której zamigotała nagle
Zgasła, by nigdy już nie rozbłysnąć
+ + +
Kiedy gwiazdy spadają
To znak, że człowiek umiera
Dziś runęło mi na głowę
Cale niebo
Atlas nie potrafił utrzymać
Mojego szczęścia
Runęło wydzierając mi coś z piersi
Została krwawa rana
środa, 1 maja 1985
wtorek, 30 kwietnia 1985
Dlaczego Shakespeare nie był Polakiem
Jak to byłoby
wspaniale
Gdyby wszyscy
Cala ludzkość
Mówiła w jednym języku
Nie byłoby problemów
Z matura
Z języka obcego
Nie byłoby rosyjskiego
Nie byłoby angielskiego
Nie byłoby nerwówek
Byłoby wspaniale
Ale pech chciał
Ze Shakespeare
Był Anglikiem
Gdyby był Polakiem
Wtedy nie my angielskiego
Ale wszyscy
Na całym świecie
Uczyliby się polskiego
A my - młodzi
Mielibyśmy choć na tym
polu
Spokój
A tak...
Dlaczego Shakespeare nie był Polakiem?
wspaniale
Gdyby wszyscy
Cala ludzkość
Mówiła w jednym języku
Nie byłoby problemów
Z matura
Z języka obcego
Nie byłoby rosyjskiego
Nie byłoby angielskiego
Nie byłoby nerwówek
Byłoby wspaniale
Ale pech chciał
Ze Shakespeare
Był Anglikiem
Gdyby był Polakiem
Wtedy nie my angielskiego
Ale wszyscy
Na całym świecie
Uczyliby się polskiego
A my - młodzi
Mielibyśmy choć na tym
polu
Spokój
A tak...
Dlaczego Shakespeare nie był Polakiem?
poniedziałek, 29 kwietnia 1985
Matura z Języka Polskiego
Nie mogę zasnąć
Rozmawiam z Misiem
Piszę wiersze o Miłości
Przypominam sobie Consuele
Czy już wszystko umiem?
Świat jest złożony
I na każdym kroku
Mogę zostać porażony
Absurdem istnienia
Moje spowiedzi dziecięcia wieku
Docierają do tych
Którzy zrzucają płaszcze Konradów
I wdzierają się na szczyty gór
Mojry, które przędą moją nić
Dawno oplotły się pajęczyną
I coś się im poplątałem
Jutro już blisko
Właściwie dzisiaj
Przed chwila wybiła północ
Rzeczywistość przeplata się
Ze światem fantastycznym
Z kątów zaczynają wychodzić cienie
Wieszcze są najbardziej przerażający
Podchodzą do mnie
Jeden z nich częstuje mnie papierosem
Odmawiam
Nie chce ingerować w ich świat
Może się odczepia
Z mysiej dziury wyszedł
Kaczor Donald
Odetchnąłem
Nie jest tak źle
Jeśli zaraz na biurku zagra Jimmi Page
Będę już spokojny
Bo to będzie znaczyć
Że zasnąłem
Niestety
Za Kaczorem Donaldem
Wysunął się cień Keneddiego
A za nim, niosący w ręku swoja głowę
Norwid
Mówi, ze ma tego wszystkiego szczerze dość
Zaraz, czy cienie mogą mówić
Przypominam sobie
Tak, mogą, tak było w szkole
Nareszcie ktoś z gitara
Ale okazuje się
Ze to nie Jimmi Page
Zagrał hymn Stanów Zjednoczonych
Jak w Woodstock
Już zniknął
Na jego miejscu znowu klasyka
To chyba Antygona
Boże, jakbym chciał zasnąć
Czy ta noc nigdy się nie skończy
Nie, to już przesada
Sienkiewicza przecież nie cierpiałem
Pisał jak głupi
Bez chwili wytchnienia
Co on robi
Po co się nade mną nachyla
Niech weźmie te ręce
Albo niech chociaż obetnie paznokcie
Tam są nożyczki
Co? Że nie umie lewa ręka?
O.K. pomogę mu,
chociaż go nie lubiłem
No, teraz zupełnie inaczej
Ale jednak niech trochę odejdzie
Już go nie ma
Znowu klasyka
Dlaczego on tak płacze
Ogląda płytę Urszuli
Chce ja zabrać ze sobą
Wiem kto to jest
Przywalony gmachem mądrości
Dlatego taki przygarbiony
Powinien się gimnastykować
Dziadku, a próbowałeś Aerobic?
Co? nie masz telewizji?
Och zapomniałem, że jesteś sprzed wieków
Wiesz! Weź sobie ten longplay
I przyjdź jutro
Porozmawiam z rodzicami
Damy Ci mój stary gramofon
Na korbkę
Bo prądu biedaczku, też jeszcze u Ciebie
nie wymyślili
Ale nie martw się
Twoja Urszulka żyje
W Twoich wierszach
Hej! nie uciekaj
Tak fajnie się z Toba rozmawia
Och, zniknął
Dziwna ta noc
Zaraz, zaraz, Limahl jest za duży
Jak na ten pokój
Lepiej zostań na plakacie
I tak bym sobie z Toba nie pogadał
Angielski zdaję dopiero pojutrze
Przyjdź jutro
Ale może trochę mniejszy, dobra?
OK.
Mysz? Myślałem, że zwierzęta nie maja cieni
Misiu, nie bój się
Ona nie jest żywa
Au! Jak na cień to zęby ma ostre
Wiesz, Misiu, lepiej posadzę Cię wyżej
W porządku, uciekła
A skąd tu ten kot?
I dlaczego ciągle rośnie
Nigdy nie miałem do czynienia
Z czarnymi panterami
Ja chcę do klasyki
Wolę nie bawić się w tresera
Hej, Zeusie, weź go
Co? Masz dosyć swoich kłopotów?
To przyślij Heraklesa
Uff, nie był potrzebny
Oj, cos się zaczyna dziać
Zdaje się, ze to Hektor z Achillesem
No dobrze, ale dlaczego
Hektor jedzie na Hołdysie?
Oj, będzie niedobrze
Achilles ma pepeszkę i biało czerwona
Opaskę na panterce
Hektor się poddał
Achilles wbił w ziemie zielona flagę
I uwiązał Hołdysa obok swojego namiotu
Hektor zapadł się pod ziemie
Achilles wyjechał z namiotu koparką
Koparka? W Troi?
A kysz, A kysz!
No, jak błogo
Widzę jakiś mglisty kształt
Ale dźwięki "Since I've Been Loving You"
Dobiegają do mnie wyraźnie
Tak, jestem uratowany
To nareszcie Jimmi Page
Dobranoc Misiu,
Cześć klasycy
Cześć romantycy
Zobaczymy się jutro w sto dwójce
I oby konfrontacja wypadła pomyślnie.
Rozmawiam z Misiem
Piszę wiersze o Miłości
Przypominam sobie Consuele
Czy już wszystko umiem?
Świat jest złożony
I na każdym kroku
Mogę zostać porażony
Absurdem istnienia
Moje spowiedzi dziecięcia wieku
Docierają do tych
Którzy zrzucają płaszcze Konradów
I wdzierają się na szczyty gór
Mojry, które przędą moją nić
Dawno oplotły się pajęczyną
I coś się im poplątałem
Jutro już blisko
Właściwie dzisiaj
Przed chwila wybiła północ
Rzeczywistość przeplata się
Ze światem fantastycznym
Z kątów zaczynają wychodzić cienie
Wieszcze są najbardziej przerażający
Podchodzą do mnie
Jeden z nich częstuje mnie papierosem
Odmawiam
Nie chce ingerować w ich świat
Może się odczepia
Z mysiej dziury wyszedł
Kaczor Donald
Odetchnąłem
Nie jest tak źle
Jeśli zaraz na biurku zagra Jimmi Page
Będę już spokojny
Bo to będzie znaczyć
Że zasnąłem
Niestety
Za Kaczorem Donaldem
Wysunął się cień Keneddiego
A za nim, niosący w ręku swoja głowę
Norwid
Mówi, ze ma tego wszystkiego szczerze dość
Zaraz, czy cienie mogą mówić
Przypominam sobie
Tak, mogą, tak było w szkole
Nareszcie ktoś z gitara
Ale okazuje się
Ze to nie Jimmi Page
Zagrał hymn Stanów Zjednoczonych
Jak w Woodstock
Już zniknął
Na jego miejscu znowu klasyka
To chyba Antygona
Boże, jakbym chciał zasnąć
Czy ta noc nigdy się nie skończy
Nie, to już przesada
Sienkiewicza przecież nie cierpiałem
Pisał jak głupi
Bez chwili wytchnienia
Co on robi
Po co się nade mną nachyla
Niech weźmie te ręce
Albo niech chociaż obetnie paznokcie
Tam są nożyczki
Co? Że nie umie lewa ręka?
O.K. pomogę mu,
chociaż go nie lubiłem
No, teraz zupełnie inaczej
Ale jednak niech trochę odejdzie
Już go nie ma
Znowu klasyka
Dlaczego on tak płacze
Ogląda płytę Urszuli
Chce ja zabrać ze sobą
Wiem kto to jest
Przywalony gmachem mądrości
Dlatego taki przygarbiony
Powinien się gimnastykować
Dziadku, a próbowałeś Aerobic?
Co? nie masz telewizji?
Och zapomniałem, że jesteś sprzed wieków
Wiesz! Weź sobie ten longplay
I przyjdź jutro
Porozmawiam z rodzicami
Damy Ci mój stary gramofon
Na korbkę
Bo prądu biedaczku, też jeszcze u Ciebie
nie wymyślili
Ale nie martw się
Twoja Urszulka żyje
W Twoich wierszach
Hej! nie uciekaj
Tak fajnie się z Toba rozmawia
Och, zniknął
Dziwna ta noc
Zaraz, zaraz, Limahl jest za duży
Jak na ten pokój
Lepiej zostań na plakacie
I tak bym sobie z Toba nie pogadał
Angielski zdaję dopiero pojutrze
Przyjdź jutro
Ale może trochę mniejszy, dobra?
OK.
Mysz? Myślałem, że zwierzęta nie maja cieni
Misiu, nie bój się
Ona nie jest żywa
Au! Jak na cień to zęby ma ostre
Wiesz, Misiu, lepiej posadzę Cię wyżej
W porządku, uciekła
A skąd tu ten kot?
I dlaczego ciągle rośnie
Nigdy nie miałem do czynienia
Z czarnymi panterami
Ja chcę do klasyki
Wolę nie bawić się w tresera
Hej, Zeusie, weź go
Co? Masz dosyć swoich kłopotów?
To przyślij Heraklesa
Uff, nie był potrzebny
Oj, cos się zaczyna dziać
Zdaje się, ze to Hektor z Achillesem
No dobrze, ale dlaczego
Hektor jedzie na Hołdysie?
Oj, będzie niedobrze
Achilles ma pepeszkę i biało czerwona
Opaskę na panterce
Hektor się poddał
Achilles wbił w ziemie zielona flagę
I uwiązał Hołdysa obok swojego namiotu
Hektor zapadł się pod ziemie
Achilles wyjechał z namiotu koparką
Koparka? W Troi?
A kysz, A kysz!
No, jak błogo
Widzę jakiś mglisty kształt
Ale dźwięki "Since I've Been Loving You"
Dobiegają do mnie wyraźnie
Tak, jestem uratowany
To nareszcie Jimmi Page
Dobranoc Misiu,
Cześć klasycy
Cześć romantycy
Zobaczymy się jutro w sto dwójce
I oby konfrontacja wypadła pomyślnie.
piątek, 22 marca 1985
Consuela
Gdy przypominam sobie tę dziewczynę
Łza kreci mi się w oku
Była najpiękniejszą
najmądrzejszą
najcudowniejszą
Dziewczyną
Dlatego była moim ideałem
Dawno do Consueli
Nie wzdychałem
Może dlatego, że moja wyobraźnia
Zaprzątnięta czymś innym
Albo sprowokowana
Rzeczywistością
Przestała mi ja ukazywać
W jasnych barwach.
Łza kreci mi się w oku
Była najpiękniejszą
najmądrzejszą
najcudowniejszą
Dziewczyną
Dlatego była moim ideałem
Dawno do Consueli
Nie wzdychałem
Może dlatego, że moja wyobraźnia
Zaprzątnięta czymś innym
Albo sprowokowana
Rzeczywistością
Przestała mi ja ukazywać
W jasnych barwach.
sobota, 9 lutego 1985
Wyznanie
Tyle tego przeszedłem
I nie mogę
Nie mogę powiedzieć
Ot tak
Kocham Cię
To brzmi i banalnie
I trochę
jakby głupio
Bo w końcu
Gdy się powtarza to
Setki razy
Za każdym razem
innej
Słowo "kocham" traci sens
Lepiej już
Zabawić się w
Romea i Julię
I Miłość wyśpiewać
Tak jak Consueli
I nie mogę
Nie mogę powiedzieć
Ot tak
Kocham Cię
To brzmi i banalnie
I trochę
jakby głupio
Bo w końcu
Gdy się powtarza to
Setki razy
Za każdym razem
innej
Słowo "kocham" traci sens
Lepiej już
Zabawić się w
Romea i Julię
I Miłość wyśpiewać
Tak jak Consueli
sobota, 2 lutego 1985
Pierwszomajowe
Wiosna jak zwykle
Okazała się porą
Kiedy wszystkie młode zwierzęta
Szukają partnerów
Tłum ludzi
Powiewał sztandarami
Wolności, pracy, sojuszu i Miłości
Dwoje młodych ludzi
Błyszczało Miłością
Skromną, cichą, nowonarodzoną
Ale krzyczącą
Jak zdrowe silne niemowlę
Cisza lasu
I świergot ptaków
To był marsz weselny
Pierwszego wiosennego pocałunku
Tych dwojga
Na ławce gdzie siedzieli
Pozostał ślad
Ciepły oddech
Dwa wiosenne serca
Splecione kruchym węzłem
Umacniającym się chwila po chwili
Bóg dał im Miłość
I pozwolił na szczęśliwe
wiosenne spotkanie
Życzmy im szczęścia
Długich lat życia
Razem
dla Siebie
dla Miłości.
Okazała się porą
Kiedy wszystkie młode zwierzęta
Szukają partnerów
Tłum ludzi
Powiewał sztandarami
Wolności, pracy, sojuszu i Miłości
Dwoje młodych ludzi
Błyszczało Miłością
Skromną, cichą, nowonarodzoną
Ale krzyczącą
Jak zdrowe silne niemowlę
Cisza lasu
I świergot ptaków
To był marsz weselny
Pierwszego wiosennego pocałunku
Tych dwojga
Na ławce gdzie siedzieli
Pozostał ślad
Ciepły oddech
Dwa wiosenne serca
Splecione kruchym węzłem
Umacniającym się chwila po chwili
Bóg dał im Miłość
I pozwolił na szczęśliwe
wiosenne spotkanie
Życzmy im szczęścia
Długich lat życia
Razem
dla Siebie
dla Miłości.
sobota, 5 stycznia 1985
Rozmowa z Misiem
Siedzisz sobie Misiu
Milczysz
Myślisz na pewno
Ze wszystko co Cię otacza
Jest duże
Większe od Ciebie
Nie masz Misiu kłopotów
Uśmiechasz się
W każdej sytuacji
Lubię Cię
Lubię Twój uśmiech
Twoje futerko
Lubię gdy siedzisz obok mnie
I rozmawiamy
Jakby ze sobą
Dostałem Cię Misiu w prezencie
Niedawno
A czuje się przy tobie tak
Jak gdybyś był przy mnie zawsze
Od urodzenia
Nie masz imienia
Jesteś po prostu
Moim małym, kochanym Misiem.
Milczysz
Myślisz na pewno
Ze wszystko co Cię otacza
Jest duże
Większe od Ciebie
Nie masz Misiu kłopotów
Uśmiechasz się
W każdej sytuacji
Lubię Cię
Lubię Twój uśmiech
Twoje futerko
Lubię gdy siedzisz obok mnie
I rozmawiamy
Jakby ze sobą
Dostałem Cię Misiu w prezencie
Niedawno
A czuje się przy tobie tak
Jak gdybyś był przy mnie zawsze
Od urodzenia
Nie masz imienia
Jesteś po prostu
Moim małym, kochanym Misiem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)