sobota, 26 lipca 1997

26.

Powiedz mi, proszę
Jak smakuje Twój uśmiech
Czy rozpływa się w ustach
Jak malinowy cukierek?
Powiedz mi, proszę
Czy moja dłoń na poduszce obok
Znajdzie w końcu twoje wlosy
Aby móc je przytulić
Nad ranem, kiedy ciepła noc
Przeradza sie w chłodny poranek
Powiedz mi, proszę
Czy słońce u ciebie
Też zachodzi czerwone?
Czy woda w jeziorze jest niebieska?
Jak wygląda ten Twój świat
Oddalony o setki kilometrow
Opowiedz mi proszę
Wszystko o sobie
Abym zasypiając
Nie musiał snów odpędzać
Powiedz mi , proszę
Jak bardzo pragniesz?
Abym nie musiał się bać, że znikniesz

piątek, 25 lipca 1997

25.

Jak widzisz jestem dla Ciebie
Nie tak na niby, jak w bajce
Jestem dla ciebie naprawdę
Od rana do rana
Spotkamy się na najwyższym szczycie
Nad głowami całego świata
Kiedy nad ranem
Słońce na wschodzie
Wyłoni się zza łąki na horyzoncie
Dojdziemy razem
Na drugą stronę tęczy po deszczu
Tam gdzie gnomy chowaja
W garncu swoje skarby
A Baśnie zapakujemy do plecaków
Żeby mieć co sobie opowiadać
Wieczorem
Przed snem

czwartek, 24 lipca 1997

24.

Są chwile kiedy chwile trwają
Łapię te chwilowe chwile
Na chwilę
I oglądam pod mikroskopem
I chwila chwili jest nierówna
Jedna większa chwila
Inna jeszcze większa
I tylko tak można je odróżnić
Powiększając w nieskończoność
Aby dobre oddzielić od złych
Chwil
Albo złe od dobrych
Ten wątek zostawmy naukowcom

środa, 23 lipca 1997

23. Liśćopad '97

To dziwne
Liści w liśćiopadzie
Już nie ma na drzewach
A wodzowie posnęli
Zimowym snem
Na puchowych poduchach
Dostarczonym im
Przez bezwzględnych
Zabijaczy niewinnych zwierzątek
Na zamówienie
Pierwsze po wiosennej pobudce
Gdy wodzowie jak jeden wódz
Wstali z puchowych poduch
Lewą nogą
Wdeptując, jak jeden wódz
W wielkie, wiosenne
Kacze gówno

wtorek, 22 lipca 1997

22.

Śnieg jest śniegowy
I śnieżno zimny
Jak letnie mewy
Na błękitnym niebie
Nie będzie zimy tym razem
Jeśli śmiać się będziemy do siebie
Przy plaży
Na molo
Wśród skał
Zachodniego wybrzeza
Północnej wyspy

poniedziałek, 21 lipca 1997

21.

Co mam robić
Kiedy na dworze pada
Okno zamglone
Słońce zapomniało świecić
Dodaję jedynki
To nawet uspokaja
I wciąga takie dodawanie
Beznamiętne odliczanie
Ale rzadko kiedy
Udaje mi sie doliczyć do stu
Muszę kiedyś spróbować
Przedtem wyłączyć telefon

niedziela, 20 lipca 1997

20.

Na każde wołanie
Pojawia się nowy znak
Przed nami pustynia
Gdziekolwiek jesteśmy
Pytamy o jutro
Pusta droga
I znaki bez twarzy
Dziki ptak
Bez skrzydeł unosi się nad mgłą
Oczy wpatrzone w bezsilność
I tylko w śmierci
Widoczny postęp techniczny
Zagłada piłą łańcuchową
Beznoc . . . . . . tropiki

sobota, 19 lipca 1997

19.

Dokończ za mnie
Wszystkie powieści
I te nienapisane też
Te o których mowiłem przez sen
Kiedy wreszcie mnie dopadł
Daj mi znak
Kiedy wydrukują jakieś słowo
Możesz wtedy wystrzelić
Race prosto w moim kierunku
Wiesz...
Trzecia gwiazda po prawej
I prosto
Aż do rana

piątek, 18 lipca 1997

18.

Słońce wygasa
Dopala ostatnie kawałki drewna
Czym prędzej szukajmy
Opału na następne lata
Pył gwiezdny jest tylko popiołem
Komety bryłami bez energii

czwartek, 17 lipca 1997

17.

Słuchajcie Boga
A wkrótce
Uwierzycie w jego słowa
W słowa, o których mówią ludzie
Pragnący władzy nad wami
Uwierzycie, że oni z Bogiem
Pili piwo w knajpie za rogiem
Uwierzycie, że sfałszowano
Wasze dane w metryce
Że nauka to brednie
Liczy się tylko ofiara
Złożona bezpowrotnie Bogu
Ale czy poświęcicie
Ostatnie dziewice na ziemi?

środa, 16 lipca 1997

16.

Śpiewam w deszczu
Jeźdzców burzy
Kap, kap, kap
Płyną jeźdźcy
Z prądem burzy
Rwącym deszczem wodospadu
Kiedy zasypiam w sen
Widoki są najostrzejsze
Mącą je później
Kobiety odwiedzające mnie
w szpitalnym ogrodzie
W altanie na środku klombu
Zwiędłych jesiennych liści
Zebranych z ulic wszechświata
Zsypanych dla mojej zachcianki

wtorek, 15 lipca 1997

15.

Nie pozwól mi wątpić
Bo to spowalnia życie
Daj znak, ze jesteś
Gdziekolwiek
Uruchom ten swój
Księżycowy pager
I dzwoń przez sen
Mój, Twój, nasz sen
Spełnij nadzieje
Które daliśmy sobie
Wczoraj
A kiedy świat
Sparaliżuje śmiech
Nie bądźmy samotni
Arka będzie dla wszystkich
Chętnych zaczynać od nowa

poniedziałek, 14 lipca 1997

14.

Pełna zgiełku jest wiosna
Za oknem
Te ptaki i świerszcze
I wiosenne trolle też
Nie dają mi spać
Zbyt głośno dokoła
Szybciej życie upływa
A zima przymiera
Spowalnia do zastoju
Stop, życie
Każcie im położyć się
I umrzeć

niedziela, 13 lipca 1997

13.

Nic mnie nie wyleczy
Nic nic nic nic nic nic
I niepotrzebnie mówisz
Że to bez sensu
I niepotrzebnie wyrzucasz
Wszystkie moje zdjęcia
I listy pisane o północy
I nawet te o czwartej nad ranem
Kiedy przebudzony
Po omacku jeszcze
Prawie przez sen
Szukałem Twoich włosów
Na pustej, zimnej poduszce

sobota, 12 lipca 1997

12.

Mijają te tysiące sekund
Bez Ciebie
Każdą skrupulatnie
Oznaczam w pamięci
Cudowne lata
To te sprzed dziesiątek
Kiedy jeszcze marzenie o Tobie
Nie miało szansy rozkwitnąć
Kiedy przed snem
Aby zaspokoić zmysły
Wystarczyła tylko gitara
I kilka nutek wplecionych w słowa

piątek, 11 lipca 1997

11.

Godzina?
Cóż to jest godzina
Te marne 60 minut
Kiedy wieki całe
Muszę czekać na Ciebie
Gdziekolwiek jesteś
I kiedykolwiek
Nad ranem, przy świcie
Gdy próbuje otworzyć oczy
Wiem, ze Ciebie brakuje
I zanim dzień się skończy
Zawołam Twoje imię setki razy
I tylko dlatego
Że na żadne wołanie
Nie odpowiesz naprawdę

czwartek, 10 lipca 1997

10.

Zmieniaczy świata
Przed nami juz kilku było
I chyba najlepiej ta operacja
Wyszła Kopernikowi
Kiedy twierdził, że może poruszyć
Wszystkie galaktyki
Znów milczysz
Nad nami tęcza wiosennej wiosny
Nad roztopioną łąką
Unosi się mgła
Czas mija
Dla mnie to pomyślna wiadomość
A ludzie się starzeją
I coraz więcej siwych włosów
Odnajduję na skroni
Oglądanej w lustrze co rano
Przemijam
Coraz bliżej przemijam Ciebie

środa, 9 lipca 1997

9.

nadejdzie taki czas
Gdy zapomnieć trzeba będzie
Natychmiast
I skutecznie
Tak by żaden znak
Nie był w stanie
Odwrócić zapomnienia
Zamienić go w nostalgię
Przedtem jednak trzeba
Napisać do końca
Wszystkie rozpoczęte legendy
Baśnie nadwiślańskie
Ponadustrojowe bajki

wtorek, 8 lipca 1997

8.

Bóg dał nam siłę
A Telekomunikacja Polska telefon
I nic już do szczęścia
Przynajmniej w tym stuleciu
Nie jest nam potrzebne
Może tylko zmiana nocnej taryfy
Na "Bóg zapłać"

poniedziałek, 7 lipca 1997

7.

To nie było nic
Nawet marna rymowanka
Sklecona do nutek po kacu
Jak niektóre
Opowiadające nieskończone
Niepowodzenia seksualne
Autorów

niedziela, 6 lipca 1997

6.

Żywioł nieokiełznany
Wypełza ze mnie nagle
Tam, gdzie ciało łączy się z cieniem
Wypływa spod stóp
Na środku chodnika
A jeśli całym sobą
Przylgnę do ściany
Może rozgniotę zwyrodnialca
Może zniszczę go w embrionie
Rozmażę potem na tynku
Jego nieskomplikowane imię
I ozdobie krzyżem
Na pamiatkę mojego zwycięstwa
Nad skondensowanym złem