Skończyła się walka
Dobra ze złem
A zwyciężyła Nicość
I ciszę wiatru
Zakłócił łomot łabędzich skrzydeł
Jak białe zjawy na zielonej lace
Nad pędami tataraku
Wzbijały się w gore
Aby odlecieć znów na
Południe
Gdzie jeszcze nikt nie słyszał
O wojnie, która może nie
niszczyć
O pokoju, który może unicestwiać
Poleciały głosić prawdę
O
krainie ciemności
Uciekając przed Nicością w Nieskończoność
Consueli już nie ma
Dziwna rzecz
Wcale mi jej nie brakuje
A jednak
trochę jej szkoda
Bo wszystkie Consuele
Wymarły jak dinozaury
Mroźną zimą 85 roku
Zniknęły równie nagle
A może nawet bardziej
Nagle niż się pojawiły
A na wiosnę (85 roku)
Kiedy spłynęły śniegi
Już nawet ślady
Po wszystkich Consuelach
Zostaly tylko wspomnieniem
W te struny dawno
Już nikt nie uderzał
Już nawet kurz
Wdarł się w
oplot
Cztery, samotne
Jak na oceanie
Już zapomniały
Ręce, które
nagle znikły
Dawno nikt nie uderzał
W ich napięte ciała
Nikt nie chciał wywołać
Jęku ich rozkoszy
Dłonie, które włożyły je do futerału
Dawno
umarły
Już ich nie popieszczą
Tak jak to zawsze robiły
Nie pogładzą lśniącej
stali
Ale one nigdy nie zapomną
Uczucia...
Po północy pójdę już spać
Może wtedy będziesz daleko
I nie będę musiał się bać
Że Twe usta będą za zimne
Kiedy twarzy mej dotknie twa ręka
Już nie będę żebrał o uśmiech
Już przestanie pamięć mnie nękać
I zapomnę o samotnych dniach
Dopiero wczoraj otarłem łzy
Które ból wycisnął mi z oczu
Miesiąc
temu, w kwietniu
Gdy ściskałaś mocno swe pięści
Na kalendarzu osiadł kurz
Nie zrywane kartki trzepoczą
I nie widać sensu liczenia
Do widzenia Życie, do jutra
Obraz znikł
Gdy ostatnie opary narkotyku
Uleciały z mego mózgu
Rozmyła się alabastrowa
Legenda
Utkana mozolną nitką
Zwilżona
leciutko lepkim
białawym płynem
Wydobywającym się z
Podbrzusza
wieczności
Boga nie ma
A jeśli jest
To podaje się nie za tego
Którym jest
naprawdę
Nienawidzę Cię
Zabrałeś mi jedynego brata
Jesteś bandytą
Bezwzględnym i krwiożerczym
Żałuję, że nie mogę Cię zabić
Ale przegrałeś
Dla mnie już nie istniejesz
Do Mekki dotarłem wieczorem
Pielgrzymi wracali do domów
Ktoś mnie
zatrzymał
I spytał o godzinę
Odszedł bez podziękowania
Dotarłem do
ołtarza
Pokłoniłem się Bogu
I zgarnąłem do torby
Wszystkie naczynia
liturgiczne
Na niebie pojawił się nagle błysk niezadowolenia, przesłany przez nieznanego
Boga. Przeciął granatowe chmury i spłynął w dół poprzez śpiące drzewa,
zatrzymując się na mchu, spalając go w jednej chwili. I tak narodził się człowiek. Z tego spalonego mchu ulotniła się cząsteczka zmodyfikowanego białka,
zaczęła powoli mnożyć komórki, trwało to około miliarda lat ale kiedy skończyła
swą mozolną pracę, człowiek wymyślił koło, i był to początek trzech światowych
wojen. I trzeciej nie wywołał Hitler ani Mussolini. Ktoś się po prostu pomylił i
zamiast dzwonka do drzwi państwa Smithow, na przedmieściu Londynu, nacisnął detonator ładunku znajdującego się od 1995 w jądrze Ziemi. Bóg, którego nikt
nigdy nie widział, spojrzał okiem na rozpadającą się planetę i jej cząstki
pchnął na inną, w systemie Gamma Centurion. I znów położył się spać.
Jak to było naprawdę
Wie tylko jeden On
Bo był tu na początku
I
czy nazywa sie Huracon
Czy Tanacloc
Wszyscy wiedzą
Że na początku
był On
A dopiero potem
Najmniejsza cząstka materii
~~
"I Bóg stworzył atom
Na swój wzór i podobieństwo"
Czas płynie wolno
Za wolno
Jeśli mam czekać
Minuta jest całą godziną
Godzina już wiecznością
Mnożą się chwile
Dodają sekundy
Jedna, druga, trzecia
Powoli
Zbyt powoli
Jeśli mam czekać
Czas jest bezwzględny
Jeśli mam czekać
Czas jest
bezlitosny
Liczę je wszystkie na palcach
Ale liczenie jest przyjemne
Jeśli
czekam
Czekam końca
Tych rachunków
Końca godzin
A deszcz za oknem
Szuka straconych chwil
Teraz noc już przeszła
Dzień nie przyniósł nic nowego
Obudziłem się jak
zwykle
Trochę sfrustrowany
Ale po chwili
Przed oczyma ujrzałem
Ciebie
Lekka mgiełkę niematerialnej zjawy
Rozmywasz się powoli
Niknąc w blasku
Budzącego się dnia
I, kochanie
Wyczekuję wieczoru
Żeby móc usłyszeć Twój głos
Godziny uciekają jedna po drugiej
Z każdą upływa czas
Który nas dzieli
Jest go coraz mniej
Wreszcie przyjdzie ta godzina
W której wrócę do
Ciebie
I po której już nigdy
Nie będę musiał
Pytać się kogoś
Czy
mogę do Ciebie przyjść
Będę cały czas przy Tobie
W zasięgu ręki
Będziemy razem
Jedna zapałka, druga
Na trzecią zabrakło już siły
Aby obudzić ją ze snu
Zabrakło jednego gestu
Aby rozbłysła
I oświetliła Twoje oczy
Na
pewno patrzysz się na mnie
I tak jak ja
Próbujesz w wyobraźni
Namalować ukochaną twarz
Moje usta bezbłędnie
Trafiają w ciemności
I splatają się w jedne z Twoimi
Pocałunek w ciemności
Kiedy noc jest
między nami
A sen nie przychodzi od razu
Przytul się do mnie kochanie
Połóż głowę na moich piersiach
I śpij
Twoje włosy rozpuszczę dziś
Na swoich ramionach
Na wybory Nowego Prezydenta
Nie poszedłem w tym Roku
Nie miałem na ten
temat
Nic do powiedzenia
Niestety dla Niego
Nagle zorientowałem się
Nie wiedząc skąd mi to przyszło
Na ten urząd
Nominować mieliśmy
Nie mniej Ni więcej tylko
Z sześciu Psychicznych
Jeśli jesteś skądkolwiek
Masz jednak coś do powiedzenia
Wśród wszystkich
takich samych jak Ty
Przemyślawszy przedtem
Słowo po słowie
Zdanie
po zdaniu
Używając wielu znaków przestankowych
Ale jeśli jesteś Żydem
Lepiej nie mów nic